deszcz >> wtorek, 2 czerwca 2009 17:38:50
no i mam deszcz za oknem. właściwie ścianę wody lejącą się z zepsutej rynny mojej rozpadającej się kamienicy. pietruszka i bazylia na parapecie mokną żałośnie, ja oglądam nogi ludzi sprzed bramy parkingu i kiepuję na parapet chwilowo zamieniony w wodospad. zastanawiam się, dlaczego czuję powrót do punktu wyjścia. coś jest dokładnie tak, jak wtedy, kiedy tu pisałem. a może to tylko złudzenie? przeanalizujmy... jestem jakieś 2 lata starszy, o 2 lata bardziej sfrustrowany. palę nałogowo, już nie okazyjnie, lucky strike light. dragi zastąpiłem prawie w 100% alkoholem etylowym. nie doprowadzam się już do stanu odlotu na 12h, nie pieprzę się w kiblach. stałem się do bólu nudny i cyniczny. wpadłem w dziwny rodzaj depresji, którą próbuję ukryć przed ludźmi za szerokim uśmiechem i radosnym tonem. nawet mieszkam gdzie indziej, w trochę bardziej przystającym starem imprezowiczowi jedyne co się nie zmieniło to frustracja facetami i absolutny brak nadziei na kogoś, kto mnie zainteresuje. jednak to nie zmieniło się ani trochę przez ten czas, nie ma więc mowy o powrocie do początku. deszcz przestał padać. ja, jak zbożny obywatel zasiąść muszę do skrzypiec, sesja w muzyku wzywa. to fakt, stałem się nudny niczym szary t-shirt leżący obok mnie.
komentarze [5]

honey, i'm back >> sobota, 30 maja 2009 19:35:40
zadziwiające. prawie dwa lata bez pisania. największym osiągnięciem przez ten bezpłodny czas okazało się kilka linijek tekstu na is, prócz tego nawet kropki prosto nie postawiłem.

powrót zapoczątkowało nowe uczucie - zbyt duże zagęszczenie emocji. niczym w jajku włożonym do mikrofalówki zaczęło mi brakować miejsca i ciśnienie wzrastało niebotycznie chcąc rozerwać skorupkę. jednak ja zamieniłem się w jajko strusia i nie dałem się już tak łatwo. potrzebowałem więc kilku zmasowanych ataków moich myśli, by skorupka pękła a bebechy opryskały całe wnętrze wdzierając się nawet do kratki wentylacyjnej. mimo, że skrupulatnie wyczyściłem wnętrze, fragmenty żółtka w wentylatorze nie dały zapomnieć o sobie. zaczęły śmierdzieć już tak okropnie, że kilka wspomnień o prowadzonej działalności literoukładowczej i szczere poparcie Krystiana były już tylko katalizatorem. nie wytrzymałem. kupiłem nową, wygodną klawiaturę, ściągnąłem dużo dobrej muzyki i ustawiłem popielniczkę pod monitorem. oto siedzę w innym mieszkaniu, przy innym stole, palę inne papierosy i gapię się w inny monitor. słucham podobnej, lecz nie tej samej muzyki i nawet jestem podobny, lecz nie do końca taki sam. co ciekawe, siedzę przed dokładnie tym samym blogiem. z tymi samymi tekstami w których odnajduję swoją przeszłość i tęsknię za nią tak samo jak za pisaniem. ona nie wróci, ono mam nadzieję tak.

z góry przepraszam za jakość tego tworu. moje dzisiejsze pisanie było rodzajem masturbacji mentalnej i tak jak to bywa z abstynencją od tej fizycznej za pierwszym razem od dawna wylatuje stara, stęchła sperma pełna sfrustrowanych, pożółkłych plemników zbyt znudzonych by stworzyć jakiś sensowny twór. mam więc szczerą nadzieję, że za kolejnym razem powrócę do mojej dawnej kondycji i spod mych palców wystrzeli świeży jak u młodego ogiera strumień napalonej wiosny.
qba
komentarze [2]

powrót pozorny. akt pierwszy. >> piątek, 20 czerwca 2008 01:24:17
to Almadovar. Hable con Ella, Parlez avec elle, Porozmawiaj z nią. wspaniały film. jeden z dwóch jakie w życiu oglądałem, na których na prawdę płakałem. piękny i przerażający. niedopowiedziany, smutny, zdecydowanie kino ambitne.
co w tym dziwnego? przecież oglądam masę filmów. jestem w klasie filmowej, pod Baranami pojawiam się nazbyt często, a dysk mam zapełniony 700 megabajtowymi kawałkami twórczości Almadovara, Tarantino, Lincha czy Holland... ten film mnie natchnął, poruszył i wywołał nagłą potrzebę napisania czegoś. napisania od rzeczy, długo, niezwięźle i nie na temat.
i tak nikt tego nie czyta, powszechnie znana jest wieść, że blog umarł śmiercią naturalną, a ja wraz z ostatnim uczuciem utraciłem również jakąkolwiek chęć tworzenia. owszem, zdarza mi się zrobić kilka zdjęć, jednak są to jakże narcystyczne autoportrety służące bardziej pokazaniu siebie niż własnej "twórczości".
nie pisałem niczego od grudnia. niczego, nawet głupiej rozprawki filozoficznej na język polski, nawet surrealistycznego opowiadania czy ciągu bluzgów. niczego. nie zdziwię się więc, że ta próba będzie co najmniej kulawa. trudno.
przez ostatnie pół roku zmieniłem się. przeszedłem etap ryczenia w łóżku każdej nocy, tępego gapienia się w ścianę, ćpania i picia na umór, wkurwienia na cały świat i nieudolnych prób wrócenia do Niego. oczywiście kilka razy wylądowałem z nim w łóżku, raz miałem po tym kaca moralnego, za drugim razem to on miał, a za trzecim już wszyscy świetnie się bawili. niech żyje hedonizm i mój brak uczuć.
kupiłem masę ubrań, w ten sposób zacząłem leczyć swoje kompleksy. zacząłem więcej palić, tak leczę wieczne zdenerwowanie i brak luzu. uspokoiłem się, przestałem ćpać, przestałem się upijać. już nawet nie trzymam litra pod łóżkiem. przestałem zgonować, rzygać, zepresić, wyć i łapać agresora na imprezach. jednym słowem, psychicznie ustabilizowałem się w stanie świadomego chłodu i cynizmu z elementami skurwysyństwa stosowanego.
skurwysyństwo polega przede wszystkim na rzadszym uleganiu sobie i ludziom oraz wpakowaniu się w kilka bezsensownych związków oraz zranienie w nich zepełnie świadomie potencjalnie wspaniałych (dla świata, nie mnie) facetów. żeby było perfidniej, totalnie bawiąc się nimi.
na swoje usprawiedliwienie nie mam nic, może prócz tego, że chciałem dojść do tego, co czuję teraz: smutną samotność z wyboru.
z facetem lepiej, bez faceta stabilniej.
poza tym, do jasnej cholery, facet był jeden. teraz niech się wszyscy pierdolą.
oczywiście ze mną.
samotność świetnie zapija się kinem. to świat pełen ludzi, którzy chcą z Tobą rozmawiać. o frustracjach autora, jego chorym dzieciństwie i współczesnej paranoi. o tym, jak nie cierpi być pedałem jednocześnie pedalstwo swe kochając. jak bardzo sfrustrowanym skurwysynem on jest.
qba
komentarze [4]

364 >> piątek, 21 marca 2008 23:57:33
dobra, ostra impreza
ludzie, których lubię i cenię
kilkoro mi absolutnie nieznanych
jak zawsze zajebiście
a ja się starzeję...

wczoraj, dokładnie o 21:42

qba
komentarze [5]

rynsztok emocjonalny >> sobota, 8 marca 2008 15:55:37
jestem wyprany
z uczuć, z siebie
bezgranicznie pusty
i rzygać mi się chce od tego wszystkiego
jestem jak moja matka, zaczęło mnie wkurwiać wszystko, co w okół
tylko że tu nikt nie mówi po niemiecku, tu po prostu wszystko jest sztuczne
a w szczególności te półśrodki i pseudoludzie
nie mam już gdzie uciekać
chciałem przestać i to zrobiłem
ale równocześnie pozbawiłem się możliwości ucieczki
i to mnie dobija
nie wiem, jak długo

potem to zredaguję. musiałem. wylać to gówno emocjonalne.
qba
komentarze [3]

niedopisana >> środa, 30 stycznia 2008 03:05:36
nie, nie i jeszcze raz nie.
nie zaufam.
nie dam się zwieść.
ni chuja.
nie oddam siebie.

będę cyniczny i arogancki.
pewny siebie i zdecydowany.
wyzbędę się swoich słabości
wyzbędę się uczuć.

co za chujoza. to nie miał być wiersz. to miało być takie nic na rozpoczęcie.
wyrażające jak zawsze moje chore frustracje.
jestem taki podniecony. perspektywą pisania. tego, że znów wyrażę coś, czego normalnie nie jestem w stanie z siebie wydobyć.
super, świetnie, jazzy, cool. tylko teraz miej coś do powiedzenia.
ni chuja. tkwię.
kiedy widzę opisy uchachanych zakochanych aż mnie mdli. nie, nie chciałbym tak jak oni mieć "kochanych myszeczek" i "kochać swoich misiów". ale oni mają coś, czego ja nie mam i czego mi cholernie brakuje.
mają kogoś drugiego. poczucie bezpieczeństwa, ciepło ludzkie i do kogo mordę otworzyć. w bonusie dostają ciepłą interaktywna przytulankę i niepowtarzalny komfort emocjonalnego seksu.
zaznaczam, w bonusie. bo to akurat mało ważne.
myślałem, że umiem sobie Go zsyntetyzować tak, jak zsyntetyzowałem białko zwierzęce. myliłem się.
podświadomie szukam Cię we mnie. natrafiam na ślady, idę po nich i dochodzę do przeświadczenia, że czegoś mi brakuje.
czasem czuję Twój zapach. czasem czuję, że leżysz obok mnie. i znów zaśniesz wtulony...
komentarze [5]

bo żołnierze hardcoru walczą do oporu >> piątek, 28 grudnia 2007 21:09:57
egzystuję
przez tydzień nie trafiało do mnie. kiedy jebnęło, przez tydzień nie widziałem siebie trzeźwego. potem przyszedł największy kac od dwóch tygodni.
zacząłem trwać. wstawać rano z tą samą znudzoną, nijaką miną wyrażającą całą moją nijakość i brak zainteresowania.
setka na uspokojenie myśli, kawa, by nie zasnąć chociaż na pierwszej lekcji. potem brak reakcji na otoczenie i pięć kaw z automatu. dzwonek, płaszcz w rękę, papieros w usta, słuchawki w uszy. im bliżej piątku tym gorzej. gorączka sobotniej nocy. uszczęśliwiam się na siłę.
potem topię myśli.
błędne koło.

słońce razi mnie w oczy. fakt, nie mam nawet jebanych zasłon. siadam na łóżku. zapalam odruchowo papierosa. kurwa, pusto tu.
sięgam po laptopa i sobie przypominam. sześciopak, malowanie. zmieniam status, dostrzegam zegar w rogu, głośno klnę. pięć godzin spóźnienia, sześćset sześćdziesiąt sześć spraw do załatwienia. kurwa.
w wirze pracy, ratowania tego, co przez trzy tygodnie zdążyłem zaniedbać coś się zmienia. powoli, ale radykalnie. dostrzegam zmęczenie. spada ono na mnie z niewyobrażalną siłą, przygniatając uczucie opuszczenia i zamieniając je bardziej w żal niż naiwne rozczulanie się nad sobą samym.
depresja mija. na jej miejsce przychodzi dobrze znane uczucie: nijakość. czuję się nijako, świat jest nijaki. nie jest mi źle, nie jest mi też dobrze. nie czuję absolutnie nic. wegetuję.
odbieram maile, chodzę na imprezy, palę paczkę dziennie i piję o wiele za dużo. wydaję masę pieniędzy. a każda z tych czynności pozostawia taką samą pustkę, nie wywołuje absolutnie żadnych emocji. równie dobrze mógłbym rzucić palenie, przerzucić się na plasterki, pójść na terapię, zamknąć się w domu i żyć jak jeszcze kilka lat temu nie wydając pieniędzy prawie w ogóle.
jest mi obojętne co myślą i mówią o mnie ludzie. obojętne jest mi to, jak wyglądam. w konkurencji "czekolada contra sex" czekolada wygrała bezkompromisowo.
święta spędziłem na gorączkowym remoncie, wigilia przygotowana była na ostatnią chwilę. zjedliśmy, napiliśmy się dobrego argentyńskiego wina i imbirówki, poszedłem złożyć ojcu życzenia. nie złożyłem. jego matce również.
dlaczego? sam się nad tym zastanawiam. możliwe, że wybrałem neutralne milczenie nauczony przykładem Jego rodziców. zadziwiające, że ludzie z wyższym wykształceniem bywają równie niedelikatni i chamscy jak pospolici kopacze ziemniaków. że nawet w święto powszechnej, chrześcijańskiej zgody, kiedy wszelkie urazy powinniśmy schować do kieszeni i choć na te jebane kilka godzin ładnie się uśmiechać do znienawidzonej ciotki ludzie potrafią za wszelką cenę dogryźć i dźgnąć słowem jak zatrutym ostrzem. zadziwiające, że nie są w stanie wyciągnąć wniosków ze swojego postępowania i poniżyć własnego syna w ten sposób... na prawdę, zaczynam doceniać to, co mam.
dzień przed sylwestrem jak głupi leciałem na Hutę o 3 w nocy. i chuj, że poprzednie cztery dni spędziłem na imprezie, przecież ex musi być, szczególnie na taką okazję. pobiegałem sobie w środku nocy po najgorszej dzielnicy Krakowa, za taksówki zapłaciłem łącznie tyle, co za wejściówkę do niezłego klubu. a wszystko po to, by choć na kilka godzin nie czuć absolutnie nic. wyizolować się od natłoku myśli, zabić je. nie tęsknić, nie pożądać, nie ryczeć z rozpaczy. po prostu być głupim i szczęśliwym. pozornie szczęśliwym.
kiedy częstotliwość telefonów osiągnęła punkt kulminacyjny, zdałem sobie sprawę, że dwie osoby do tej pory postrzegane tylko jako dodatki do swoich facetów są najbardziej pożądanymi gośćmi na imprezie. i to nie przez to, że ktoś mnie tam oczekiwał. nie przez to dzwonili co 10 minut. nie przez to znów wydałem kasę na jebaną taksówkę. to przez małą, różową zawartość kieszeni mojego płaszcza z wytłoczoną prostytutką.
po nocy zostały wspomnienia, wyjątkowo długie. filmy, na których po mojej brodzie znów ścieka krew, koszmarny kac i uczucie potwornego wstydu. znów doprowadziłem się do tego stanu. znów urwał mi się film i znów zrobiłem z siebie nieodpowiedzialnego ćpuna. znów zwaliłem się komuś na głowę, znów udowodniłem, jak słaby jestem. pierdolić honor, tu chodzi o stosunek innych do mnie. kurwa.
nie dziwię się Jemu, że mnie nie wytrzymał. kiedy ma się własne problemy, moje to zbyt duży ciężar. nikt tego nie wytrzyma, chłopcy.
teraz to widzę. widzę siebie z perspektywy trzeciej osoby. i jestem przerażony. bo to kurwa, genetyczne. dlatego ja nigdy nie pójdę do jebanego banku spermy. za dużo zjebów jak na jedną Ziemię, kiep.

kończę z tym wszystkim.
bo żołnierze hardcoru walczą do oporu.
kocham, kurwa. z tego się nie wyleczę.

a propos, szczęśliwego nowego roku. bo mój zaczął się fatalnie.
qba
komentarze [16]

self-defence bullshit >> niedziela, 25 listopada 2007 02:41:29
każdy dzień, każda chwila, wydarzenie wnoszą coś do naszego życia.urozmaicają je... nie żałuję. niczego. może prócz czasu, który zmarnowałem...
nie mogę wiecznie uciekać od siebie samego. dusić się w skrojonej na miarę sztucznej skórze. zamaskowany grubą warstwą makijażu, otoczony złudną chmurką korzennych perfum. patrzę na siebie, widzę ten cały chodzący cyrk i zadaję sobie pytanie: kim jestem? sobą? a może tylko kruchą iluzją? czego, do cholery chcę?
z jednej strony silny, arogancki, stanowczy, egoistyczny, egocentryk, który zawsze stawia na swoim. patrzy na wszystkich i wszystko z góry, co idealnie odzwierciedla jego stosunek do świata. pełen pogardy i wyższości. interesowny i materialistyczny, wiecznie roszczący pretensje. do granic pusty.
z drugiej, wrażliwy i kruchy, podchodzący emocjonalnie do rzeczywistości i ludzi. bardzo delikatny i podatny na cudze opinie. opiekuńczy, kochający, potrzebujący ciepła, uczucia i zainteresowania.

"Schizophrenic is the best word - I change from day to day. I can be quite confusing. Indecisive, workaholic, and tired today."-B.Molko

to słowo świetnie mnie opisuje. schizofreniczny. dwulicowy...
jak mogę chcieć uczuć innych, skoro sam ich nie daję? skoro nie daję się nawet poznać? to rodzaj jakiejś cholernej samoobrony przed światem. po co?
sam siebie nie rozumiem.

a szczególnie własnych reakcji.
na wskroś idiotycznych i infantylnych. impulsywnych i nieprzemyślanych. reakcji, które w końcu spierdolą mi życie. mówię za dużo i nie zawsze kontroluję treść. umiem tym niesamowicie zamieszać i zranić wielu ludzi. w większości wypadków nieświadomie.
zachowuję się jak rozchiosteryzowana nastolatka. nadinterpretuję i ryję się w cudze życie zupełnie niepotrzebnie. próbuję zbawiać świat, w efekcie go rujnując.
wydaje mi się, że dla kogoś coś znaczę. bullshit. przecież jestem tylko efektownym dodatkiem do kreacji. miłym, ale sezonowym, o określonej dacie przydatności. niedługo się przeterminuję i trzeba będzie mnie wymienić na nowszy model. bo się zaśmierdnę i zepsuję cały efekt. a jeśli właściciel o to nie zadba, to wielce uczynne otoczenie zrobi to za niego.

edit

żeby nie było, to moje pierdolone emocjonalne reakcje, zbyt pochopne i nieprzemyślane właśnie spierdoliły mi życie. wszystkiego, kurwa, dobrego. przez swój pierdolony egoizm, egocentryzm i pierdolone nałogi nie jestem w stanie nie spierdalać wszystkiego dookoła. musiałem, kurwa. musiałem. idiota do setnej. nie, kurwa. idiota silnia. ze mnie. kurwa. żeby tak spierdolić. żeby tak spierdolić... sprzeczność informacji. egoizm i pierdolona emocjonalność. zbyt dużo słów. o te pierdolone kilkaset za dużo. o jeden czy dwa gesty za dużo.
szesnaście szram na ciele. długich i głębokich. zakrwawiona koszulka kumpla, szczęście, że mam dobry proszek. przegryziony język, krew na ustach. po raz drugi w ciągu tego weekendu.
dzień życia jako roślina. zespół serotoninowy. następny dzień, nieudolna próba poprawienia sobie humoru. trzysta złotych w plecy, kilkanaście niepotrzebnych zbitek materii. ani trochę lepiej, tylko wkurwienie na hałas i ludzi.
trzy rozmowy. jeden mail. koniec mojego pierdolonego życia.
nic.
komentarze [6]

cocoon >> środa, 3 października 2007 22:45:50
Bjork. zmysłowy rytm cocoon wdziera się we mnie, wprowadzając w delikatny, przepełniony seksem trans. za oknem światło księżyca splata się z łuną miasta i latarniami, by paść na pokrytą delikatną mgłą łąkę. w pokoju otulonym ciepłym światłem unosi się subtelna woń brązowych djarumów i korzennych perfum. w tym wszystkim ja. nowy, zagubiony, zdezorientowany, zastanawiam się, co napisać. żałuję, że nie robiłem tego przez ostatnie trzy miesiące, przecież wtedy na prawdę miałem coś do powiedzenia. urzekający świat orientu, delektowanie się nicnierobieniem i wszechobecną atmosferą radości i przygodnego seksu. trzy miesiące na odreagowanie minionych dziesięciu. czas na radykalne zmiany i podjęcie nowych, kurewsko ważnych decyzji.
przez pierwszy miesiąc działało. zacząłem od przekłucia sobie brzucha, dalej było już tylko ciekawiej. potem pod wpływem impulsu wyjechałem na drugi koniec świata, by zakosztować życia w najczystszej postaci. to mnie zmieniło. chociaż na pierwszy rzut oka różnica jest niewielka, ten czas pozwolił mi pewne rzeczy uporządkować. pozbyć się kilku niewygodnych, wyjątkowo głupich rzeczy, których nauczył mnie europejski system wychowania. inne przemyśleć, a właściwie poczuć. jeszcze inne odrzucić i uznać za zbyt błahe. radykalnie odwrócić wszystko o sto osiemdziesiąt stopni.
od tego czasu wegetowałem zastanawiając się nad bezsensem własnego życia. potem zrobiłem kilka bardzo impulsywnych rzeczy, a na koniec pokazałem fucka ministerstwu edukacji.
wyszedłem z tego zupełnie nowy.
z nowm, wspaniałym przyjacielem.
nagrałem płytę.
przeżyliśmy rocznicę.


komentarze [17]

mam marzenie... >> piątek, 24 sierpnia 2007 00:30:22
mam dość. po raz kolejny, kurwa mac.
wieczny problem z samym sobą, wieczny problem z moim związkiem. On jest pieprzonym egoistą, który nie widzi nic prócz własnego chuja i depresji/desperacji/zniechęcenia. nie jest sie w stanie wziąć za siebie, choćby nie wiem co, zwyczajnie mu sie nie chce. pieprzone wspaniale dziecko, idealny przykład niedoskonałości naszej pierdolonej klasy średniej. rozpuszczony i leniwy bardziej niż plazma w klopie, żyjący w swej cuchnącej beznadziei i niemogący z niej wyjść przez wlasna bezsilnosc i rozbrajajace lenistwo. chroniony przez całe życie, nie nauczył się, że dzieckiem nie jest się wiecznie. ja, kurewski egocentryk, leniwy i niezorganizowany przy nim staję się jakimś pieprzonym idealistą, moralizatorem i wydaję się być drugą matką mówiącą: "dziecko, weź sie za siebie, bo do niczego w życiu nie dojdziesz". i co mi, kurwa do tego?

przeciez to jego zycie, jego bagno, jego kiła. ale nie - ja niczym anioł z misją naprawy świata denerwuję sie, przejmuję i moralizuje jak stara ciota. odwalam jakieś pieprzone szopki, obrażam się, ironizuję i ganię. co to, kurwa, instynkt macierzyński w stosunku do jakiegoś idiotycznego 20 latka? nie wiem. może mi ktoś to wytłumaczy i da cudowną radę, jak mogę zająć się własną dupą i go olać. już słyszałem sto razy, że powinienem go rzucić. plastic, 22:15 ironiczna mina "nie rozumiem zupełnie. rzuć go. po co masz się męczyć?!". planty 13:42 oburzenie na twarzy "jak on Cię traktuje?! nie jest absolutnie wart takiego poświęcenia", Galeria Krakowska 17:40 przyjaciółka wstaje i przed wybiegnięciem rzuca "uświadom to sobie w końcu, że jesteś ważny też dla innych... i zastanów się, czy gra jest warta świeczki".
mam słuchać ich, własnych uczuć (bo w serce nie wierzę) czy może zdrowego rozsądku? pierwsze i ostatnie mówi mi, że jest w tym mieście jeszcze 10tys innych facetów. uczucia, serce, przeczucie czy jak to nazwiecie, że gra warta jest świeczki. dlaczego? nie wiem, to się przeczucie nazywa. może nawet uczucie. ale nie wyższe, bo do takich zdolny nie jestem.
ciekawe, dlaczego musiałem wybrać kogoś takiego? albo dlaczego to on wybrał kogoś takiego jak ja?
potrzebuję ciepła. żeby mnie ktoś przytulił i powiedział, że nie jest tak źle, jak sie wydaje. żeby zdjął ze mnie maskę silnej, zimnej suki, poznał naprawdę i czasem zajmował się też tym alter ego. tym nadwrażliwym, słabym chłopcem, który potrzebuje tylko trochę ciepła.
który tęskni.
który niedoskonale i na swój sposób, ale kocha.
któremu się jeszcze pozornie chce.
i który nie chce, by wszystko umarło.

Jemu przestało zależeć.
mnie zaczęło.

właśnie teraz. po tym, jak zdradziłem. kiedy zrobiłem coś głupiego i nieodpowiedzialnego. po tym, jak zobaczyłem, jacy są inni. kiedy uświadomiłem sobie swoją atrakcyjność.

nie wiem, jak to nazwać. nie wiem, jak to wyrazić.
mam jedno tylko marzenie... i wiem, że niedługo znów ktoś je zabije.


p.s. wiem, że jestem dwulicowy. infantylny i naiwny. kurewsko słaby.
ale mi po prostu zależy. sam, kurwa nie wiem, na czym.
bardziej pozytywna notka i zdjęcia
komentarze [14]

czerwiec nam się kończy. tak bez jakiejkolwiek zapowiedzi. i tyle. >> środa, 27 czerwca 2007 03:32:48
przez ostatnie dwa tygodnie olałem szkołę. miałem już gdzieś tych wszystkich ludzi, ich wymagania i frustracje. męczyła mnie ich głęboka nietolerancja i równie beznadziejne nieszczęście.
męczyło mnie to, że czułem się, jakbym cofnął się w czasie. do komuny skrzyżowanej z totalitarnym rządem niemieckim. i austriackim fanatyzmem religijnym. miałem takie nieprzyjemne deja vu, kiedy to instytucje publiczne pchają mi się do łóżka i już nawet spokojnie przejść ulicą nie mogę, bo będę "widziany".
mam tego wszystkiego dość. tak głęboko, jak głęboki mam odbyt, a głęboki mam jak każdy z was na jakieś 17 metrów.
więc olałem szkołę i zająłem się sobą. znaczy się swoimi problemami psychicznymi i muzyką. jak każda artystyczna, egocentryczna świnia.
żarłem, nękałem ludzi, wydalałem, oglądałem telewizję, piłem, paliłem i grałem na skrzypcach. odwołałem akompaniament z dyrektorem, bo poprzedniego wieczora pieprzyłem się do białego rana i zaspałem w ramionach wspaniałego mężczyzny.
zagrałem fatalny koncert, którego konsekwencje ciągnąć się będą jeszcze długo. a wszystko jak zawsze przez głupotę ludzką i mój brak wyobraźni.
potem zagrałem koszmarny egzamin, który okazał się koszmarny tylko na papierze, bowiem środowisko egzaminacyjne zobaczyło we mnie potencjał i krótko mówiąc zachwyciło się.
następnie zagrałem drugi koncert, tym razem już bardziej udany, zrezygnowałem z tygodniowych warsztatów zasłaniając się tym, że nie chcę zostawiać swojego partnera na cały miesiąc i odwołałem kolację z Melou wybierając randkę z nosicielem chromosomu Y. jednym słowem pierdoliłem wszystko i wszystkich.
następnego dnia rano niezwracając uwagi na powszechne oburzenie poszedłem po swój papier. co prawda z obniżonym o dwa stopnie zachowaniem i niesłuszną oceną z biologii, ale taka jest cena bycia męczennikiem. za to mina dyrektora wręczającego mi je warta była wszystkiego.
tego dnia postanowiłem odreagować najcięższe 10 miesięcy mojego życia i zrobiłem sobie kolczyk poniżej pępka.
potem ugotowałem kolację mojemu mężczyźnie i obejrzeliśmy świetny film.


p.s. następnego dnia spóźniłem się do dwóch prac i poszedłem na wianki. schlałem się średnioumiarkowanie, w połączeniu z karuzelą w parku podgórskim - jak dzika świnia. a więc zgonowałem na przystanku pełnym wkurwionych dresów i potrzebowałem eskorty aż do momentu samoczynnego zdjęcia soczewek.
w dzień później już biegałem po galeriach w poszukiwaniu ubrań i poderwałem na trzeźwo faceta na osiemnastce. i o dziwo oparłem się pokusie zostawiając go w najlepszym momencie.
jakieś dwanaście godzin później kosmicznie zjarany wylądowałem w drzwiach przyjaciela, by zakłócić jego rytmy dzienne i dojść do siebie...
dziś za to trzasnąłem dwa razy słuchawką, naprawiłem piecyk i poszedłem na próbę z zaspaną miną Zmęczonego Egocentryka, by wysłuchiwać złej kondycji psychicznej nauczycielki-lesbijki.

edit jak cholera

wyladowalem. jestem. amman jest piekny, ludzie sa wspaniali i mili. piekni mezczyzni podrywaja mnie w nachalny sposob, a ja pije swietna kawe i pale znakomita nargille. jest kurewsko goraco, brudno, glosno i pieknie. mieszkam w tanim hotelu dla podroznikow, jem na sniadanie nalesnika z syropem klonowym i pite z serem topionym. chodze po miescie, zwiedzam, ogladam, chlone wszystko. jestem zachwycony, poruszony i wniebowziety. dzis bylem nad morzem martwym, gdzie siedzac na wodzie opalalem sie przez pol dnia. wieczorem napycham sie do nieprzytomnosci boskim jedzeniem za jadyne 1,50 JD. zlapalem bakcyla. wiem, czemu ludzie tu wracaja.
qba
komentarze [18]

>> poniedziałek, 28 maja 2007 19:42:14
dziś stanąłęm w obronie mojej pięciopletniej siostry. i zawiodłem się. na rzeczywistości.
dwa tygodnie temu moja matka wyjechała do Waszyngtonu na jedną z bardziej prestiżowych konferencji archeologów Palestyny i Bliskiego Wschodu. a że wyjechała na miesiąc, musiałem się przeprowadzić do mojego ojca i jego żony. i cóż z tego, że opluwam nienawiścią wszystkich dookoła, jestem agresywny nawet w stosunku do swojego partnera i mam miesięczny, depresyjny zjazd. w zamiean za wytrwałość miałem otrzymać upragniony wyjazd do południowej francji i wolność na całe wakacje. oczywiście plany się zmieniły, a rzeczywistość życia ze znienawidzonym rodzicem okazała bardziej brutalna, niż się zanosiło. codzienne awantury, kontrolowanie, niewolnictwo i przemoc psychiczna. prawie jak luksusowy poprawczak. próbowałem sobie różnie argumentować mój zły sposób myślenia o tym człowieku. " w końcu jest koszmarnie nieszczęśliwy", "przecież to tylko chory i niedojrzały psychicznie chłopiec z kompleksami...", "jakoś swoją samotność musi odbijać na innych". próbowałem też, idąc za starymi radami psychologa, znaleźć pozytywne strony sytuacji: "taka miesięczna kuracja odwykowa dobrze mi zrobi", "rzucę dragi", "przynajmniej schudnę i się opalę", "czego się nie robi dla prywatnego kucharza", "On sobie ode mnie odpocznie', "po powrocie odbiję to sobie". jednak dziś te wszystkie pozytywne gadki-szmatki zawiodły.
wracam ze szkoły. wkurwiony, zły, nabuzowany nienawiścią. wracając myślałem o tym, jakże bym chciał klasowego społeczeństwa francuskiego. myślałem o tym, jak bardzo nienawidzę głupich ludzi. jak bardzo przeszkadzają mi w prowadzeniu upragnionej radosnej i beztroskiej egzystencji. wracam i siadam przed komputerem, kupuję telefon, by odreagować. wchodzi ojciec i próbuje nawiązać kontakt. nie chcę rozmawiać, więc udzielam lakonicznej odpowiedzi i go zlewam. w tym samym czasie siostra lat pięć molestuje go, by poszli razem puszczać bańki. on się odwraca i wrzeszczy na nią nie mniej, gdy jest blisko przekroczenia granicy nietykalności cielesnej. ja zszokowany sytuacją, przypominając sobie całe cztery lata terapii po tak spędzonym dziciństwie, podejmuję obronę. nie wrzaskiem, nie rękoczynem, a spokojnym upomnieniem o tym, że na dziecko nie wolno krzyczeć, jak to na nie wpływa i że nie można od niej wymagać aż tak wiele, by wszystko wiedziała i zachowywała się jak dorosła. że wrzeszczeć może na mnie czy na żonę, że nas to pierdoli, ale dziecku ryje się w psychikę i niszczy. na co on odpowiada wręcz wypluwając swe zasyfione oskrzela, że to nie moja sprawa, że mam się zamknąć i się nie mieszać bo nic mi do tego. ja zszokowany jeszcze bardziej, spokojnie i opanowanie odpowiadam, że owszem, mam bo to moja siostra, jeszcze dziecko i staje w jej obronie, bo się przejmuję. odpowiedzią była rzeka bluzgów, to że, niby zaczynam awanturę i że znów mi się coś dzieje. na koniec teatralny trzask drzwiami.

w takich momentach mam chęć po prostu zerwać z rzeczywistością. skończyć z nią, popełnić samobójstwo bezbolesne i szybkie, albo po prostu zniknąć. gdzieś, gdzie będę mógł z dala od tego całego syfu zmarnować sobie życie. gdzieś, gdzie nie dotrą do mnie błagalne wytłumaczenia jego psychologów i mojej jakże dobrodusznej matki: że jest już lepiej, że się na prawdę zmienił, że jest po terapii i odwyku.
niech spierdalają.
oni wszyscy. on. rzeczywistość i całe to gówno.
nie będzie dobrze.

[i nie chcę pocieszeń, że będzie. nie chcę słyszeć, że mam to wszystko zlać.
i nie zamieszczam multimediów, bo odwracają uwagę od tekstu, a mnie właśnie na tym zależy. ]
qba
komentarze [21]

o nicości i tolerancji >> piątek, 20 kwietnia 2007 01:34:22
"zycie bywa najpiekniejsza z bajek" glosi ogromny plakat na przystanku. jest kolejny raz 7:01, a ja czekam na spozniony tramwaj, by z wprost proporcjonalnym opóznieniem pojawic sie na matematyce. przez caly dzien znosic bede nieustajace upokorzenia i obelgi, znow bede udawac, ze jestem cierpliwy i inteligentny. przejde obok tego spokojnie, kolejny raz nie reagujac na to, czego wlasnie w tej pierdolonej, najlepszej w miescie szkole chcialem uniknac. kolejny raz padne ofiara dyskryminacji, przechodzac obok lachona w krotkiej spodniczce, spod ktorej wyziera jej niewyzyta cipka. kolejny raz pomysle, ze ona nie dostanie ujemnej oceny za swoj wyzywajacy wyglad, ze ona nie musi bac sie o dopuszczalny kat padania wlosow ani o to, czy aby nie wyglada za dobrze. ona nie zostanie wyzwana od szmat pierdolonych, kurew, chociaz w tym tygodniu pieprzyla sie z wieksza iloscia facetow, niz ja poznalem w ostatnim roku.

ona nie poczuje tego niewyobrazalnego upokorzenia, kiedy nazistka w skorze nauczyciela wyglaszac bedzie swoj wyklad o nizszosci francji (jej najlepszego w europie systemu opieki zdrowotnej - bo daje opieke bezdomnym i finansuje leczenie AIDS, jej mieszkancow - bo sa liberalni, pracowici i rozpuszczaja dzieci, jej spoleczenstwa - bo daje schronienie, wyzywienie i azyl "szesciu milionom arabskich darmozjadow" [tu wyszedlem do toalety, by jakims cudem sie nie rozplakac]). "a niechże ta kurduplasta profesorka" zajrzy do dziennika pod numer 7 i nie upewni sie, czy przypadkiem kogos nie rani. owszem, swiadomosci narodowej nie posiadłem, ale jak slysze to trzecia lekcje z rzedu (pomijajac wyklady historyka o siedlisku zla wszelkiego w europie zachodniej) to zaczyna mi sie chciec zygac. i kupic jednostronny bilet do tego ich piekla wysnionego. bo przeciez oni, "waleczny rod piastowy" ten, ktory nie "utrzymuje darmozjadow" a wysyla ich do monopola nie ponizy sie do tego stopnia i nie zdobedzie sie choc na okruch bezstronnosci. bo juz nie o tolerancje sie rozchodzi, a o zwykle czlowieczenstwo. byla umowa, ze trzymam gebe na klodke, ze nie przesram sobie opinii. ze nie bede wyglaszal swoich pogladow, a juz w szczegolnosci swiata zbawial.

ale jak jeszcze raz dostane od nauczyciela po mordzie, to obudzi sie we mnie meska duma. i wstane. a wtedy drżyjcie narody, bo odwrotu już nie będzie.

na koniec sprowokowany dialog między nieokiełznanymi kolegami a ową nauczycielką:

- idzie pani na marsz równości w sobotę? bo festiwal tolerancji będzie...
- na parady chodzą tylko chorzy ludzie [...] a niechże oni wszyscy jadą do Francji i pozarażają się tymi chorobami [...].

21.04 rozpoczyna się w festiwal Kultura dla Tolerancji. będą Jego urodziny, marsz, kontrmarsz od nazioli, wpierdol od policji, filmy, konferencje i wystawy. przyjadą znani, by nażreć się wstydu za kraj własny. w tym Majewski, ale on tylko do empiku i pod barany. będzie ogólnie ciekawie i jeszcze ciekawiej, niż zwykle.

i znów, jak codzień zaliczę myśl, że ktoś tu nie pasuje. i że to chyba ja jestem.

przykro mi i przepraszam, że jestem. ale inaczej chyba nie umiem.
qba


edit

a polacy maja najwieksze fazy na siwecie ;D

crazy fiat steering
Uploaded by megajrex

komentarze [25]

x-franc dla sredniozjebanych >> sobota, 24 marca 2007 00:43:55
Je suis:
un baisent batard
tres gaucho
un baisent gourdin
le folle
l'accro
l'amazone
l'accro
un gaucho-anar
arcgianar
l'archifolle putin
archipede

...alors, fische le camp!



tego mi bylo trzeba
qba

edit

siedzę tak i piję tę słodką kawę z mlekiem. i chuj z tym, że jest pierwsza w nocy. mam o wiele lepsze rzeczy do roboty.
jestem głupim, biseksualnym ćpunem, pisałem już to?
odliczam pieniądze, które mógłbym wydać na nowy kosmetyk, który przysporzyłby mi piękna, popularności i powodzenia. fuj, tylko nie popularności!
a może spożytkować tą kasę w inny sposób? alternatywny...
chcę grać, to, co chcę i kiedy chcę. na moim pięknym Pawlikowskim o głębokim, ciepłym dźwięku... stworzonym dla baroku.
piękno, muzyka, to co kocham. jestem zjebany, przepraszam.
specjalnie dla niefrancuzów, publikuję tłumaczenie poprzedniego tekstu:

Jestem:
pierdolonym skurwysynem,
bardzo lewackim,
jebanym chujem,
pedałem,
ćpunem,
dziwką,
ćpunem,
lewackim anarchistą,
ultraanarem (anarchistą),
pedalską kurwą,
ultra-gejem
...so fuck off all! /więc odpierdolcie się wszyscy/

francuski najlepiej wyraża uczucia.
qba
komentarze [30]

sześć i pół miliarda i tylko jeden taki... przyjaciel ;* >> wtorek, 13 marca 2007 14:26:31
13.03.2007 06:45

właściwie to jest jeszcze 02:30, jakieś błędne okolice tej godziny... oglądam wryty w ścianę The Man I Love (l'homme c'est ce j'aime), w ręce kieliszek jakiegoś średniego wina, w głowie apatyczna pustka. jakieś tam średnio charakterystyczne objawy depresji maniakalnej, tak bardzo charakterystycznej dla mojej polskiej krwi... film zmierza ku pięknej kulminacji, kiedy to obydwoje z pięknych francuzów pięknie przeżywają kilka chwil cudownej miłości. właśnie kiedy ten nieprzekonany heteryk zaczyna się jednak przełamywać obejmując uroczego geja w prawym dolnym rogu pojawia się to. to, czego tak potwornie bałem się przez ostatnie trzy dni... łzy wyprzedziły oczy, świadomość wyprzedziła treść maila. niby próbowałem się z tym oswoić przez ostatnie 72 godziny, ale i tak pierdolnęło we mnie nieźle. nie było wiele łez, więcej zawiedzenia, smutku... jakieś niewyraźne "nie teraz", niczym jęk zbitego psa...
mimo wszystko, jestem mężczyzną. pewne rozmowy odbyć sięmuszą w cztery oczy...
03:38, jestem jednak szalony. zdążyłem bez problemu. ostatni nocny, niejasna kartka dla matki, myśli (?) - chyba jednak nie, apatyczna pustka w głowie, która utrzymuje się od soboty nie dała spokoju.
03:59 wysiadam, nie czekam długo. jednak przyszedł...
na prawdę długi spacer, pytań stanowczo zbyt dużo, głodny wiedzy staram się zdusić emocje. z czasem złość, ból, ustępują miejsca zwykłej ciekawości i sympatii względem człowieka tak szalenie do mnie podobnego... a jednocześnie tak innego... za to właśnie go kochałem, kocham i kochać będę... nie zobaczysz mnie szczęśliwym z kimś innym, cały problem na tym właśnie polega. że prawdziwa miłość zdarza się tylko raz, może dwa. a ta pierwsza trwa wiecznie...
nie zapomnę, nie chcę zapomnieć. pierwszy raz w życiu nie chcę zapomnieć... masz ten niepowtarzalny luksus bycia pierwszym rozdziałem mojego dorosłego życia bez przeszłości, pierwszym facetem, pierwszym kochankiem i przyjacielem... kimś, kogo nigdy nie zapomnę. będziesz moim najlepszym wspomnieniem... to z Tobą przeżyłem najpiękniejsze pół roku mojego życia, to z Twojego powodu roniłem pierwsze łzy (a wiesz przecież, jakie emocje wyrażają u mężczyzny...), z Tobą przeżyłem najpiękniejsze chwile mojego krótkiego życia, z Tobą przeżyłem ten pierwszy raz, który chcę zapamiętać. z Tobą doświadczałem tak skrajnych emocji, uczuć, stanów... z Tobą spróbowałem życia, to ty mnie go nauczyłeś... kocham Cię za to i dziękuję...
dworzec główny, wschód słońca... piąta rano i rozmowa, którą zapamiętam na zawsze... ta chwila, te kilka godzin,miały w sobie coś metafizycznego, niezwykłego... długa, szczera rozmowa. ten ostatni pocałunek, najpiękniejszy jaki chyba przeżyję... pomimo tego całego bólu, będziesz moim najpiękniejszym wspomnieniem, dziękuję Ci za to. i za to, że nadal mam w Tobie przyjaciela ;*
qba
komentarze [21]



Wykonała bezimienna dla quby, zdjęcie od dogeatdog5. Więcej na lost-imagination.